Miłość w wielkim mieście: recenzja filmu „Róża z Bombaju” Netflixa

Przeładowana pod względem tematycznym, ale ciesząca oko laurka dla indyjskiego miasta snów: Mumbaju.

Kamala (Cyli Khare) w dzień pomaga dziadkowi w sklepie, nocami natomiast pracuje w nielegalnym nocnym klubie jako tancerka. Do Mumbaju (dawniej Bombaju) przybyła z rodzinnej wsi, w której zostawiła narzuconego jej przez ojca znacznie starszego i brutalnego męża. Kamala marzy o romantycznej miłości, celem jej życia jest jednak przede wszystkim zapewnienie lepszej przyszłości dla swej młodszej siostry – dzięki jej pracy Tara uczęszcza do dobrej szkoły i bierze lekcje angielskiego u prywatnej nauczycielki pani D’Souzy (Amardeep Jha). Piękna, melancholijna Kamala przyciąga jednak uwagę Salima (Amit Deondi) – młodego sprzedawcy kwiatów. To miłość piękna, lecz niemożliwa w indyjskich warunkach – ona jest bowiem hinduską, on zaś muzułmaninem.

Marzenie o karierze aktorskiej w Indiach najłatwiej spełnić w Mumbaju, gdzie mieści się centrum kinematografii komercyjnej. Ale nie tylko sny o dużym i małym ekranie rokrocznie przyciągają do stolicy stanu Mahrasztra tysiące migrantów z całego kraju, głównie ze wsi i małych miasteczek – Mumbaj ma spełniać marzenia o lepszej pracy w niemal każdej branży, lepszych warunkach mieszkaniowych, porządnej opiece zdrowotnej i dostępie do bardziej jakościowej edukacji. Miasto ma długą historię migracji i choć stali mieszkańcy nie patrzą na nowych przybyszy przychylnym okiem, trudno nie przyznać, że ludność napływowa odegrała istotną rolę w ekonomicznej i społecznej transformacji miasta. Przyczyniła się też do utrzymania wizerunku Mumbaju jako tygla kulturowego, jakim był on już za czasów Portugalczyków. Róża z Bombaju – animacja w reż. Gitanjali Rao to intrygujący hołd dla tego miasta snów, z czułością odkrywający przed widzem całą złożoność mumbajskiej codzienności z jej blaskami i cieniami.

Twórcom Róży z Bombaju udało się oddać rozedrgany rytm miasta – tętniące życiem ulice i bazary, plaże rozbrzmiewające dźwiękiem bębnów, kuszące neonami nocne kluby, etniczną i religijną różnorodność jego mieszkańców – nie bojąc się zestawiania obrazów nędzy i przepychu, brzydoty i piękna. Dobrze pokazali miejską społeczność jako tkankę wzajemnych zależności, w których każdy element ma wpływ na inny, a od kolejnego jest uzależniony. Jako wyznanie miłości do miasta film Gitanjali Rao sprawdza się więc doskonale – trudno jednak uznać go za dzieło całkowicie udane. Zwłaszcza biorąc pod uwagę aspiracje do miana opowieści o naturze i rodzajach miłości i jednoczesnego studium socjologiczno-politologicznego. W czym tkwi problem? W nadmiarze – Gitanjali Rao chciała pokazać całe spectrum problemów z jakimi borykają się współczesne Indie, a jest ich, niestety, całkiem sporo. W scenariuszu znalazło się więc miejsce dla kwestii związanych z relacjami między muzułmanami i hindusami, małżeństwami międzywyznaniowymi i aranżowanymi, pracą dzieci, podrzędną pozycją społeczną kobiet, rozwijającą się przestępczością etc. etc…Jak łatwo się domyślić, w natłoku tym większość tematów została dość mocno spłycona, a co gorsza, potraktowana mocno stereotypowo – jeśli dziewczyna marzy, to wyłącznie o romantycznej miłości, jeśli facet śni na jawie, to pragnąc być macho z bollywoodzkich filmów, oboje zaś odwołują się w tych marzeniach do dawnych, potężnych Indii z czasów Wielkich Mogołów. Znacznie ciekawsza od pary głównych bohaterów wydaje się więc pani D’Souza (Amardeep Jha) – ekscentryczna stara aktorka, która zamyka się w żalu za minioną świetnością, a tęsknota ta nie pozwala jej dostrzec potencjalnego szczęścia będącego na wyciągnięcie ręki.

Fabuła sprawia momentami wrażenie klejonej ze słabo się ze sobą łączących, przypadkowych elementów – jest w niej sporo chaosu, za to mało powietrza na skutek natłoku tematów. Mimo tych niedociągnięć Różę z Bombaju ogląda się dobrze, a to za sprawą jej warstwy wizualnej. Film Gitanjali Rao to ręcznie wykonana, dość klasyczna animacja, wolna od taniego orientalizmu, w którą zgrabnie wpleciono motywy rodem z indyjskiego malarstwa miniaturowego oraz zachodniego impresjonizmu. Już choćby z tego względu niejedno duże indyjskie miasto mogłoby pozazdrościć Mumbajowi takiej filmowej laurki – z tego też powodu poświęcić Róży z Bombaju półtorej godziny z życia.

Blanka Katarzyna Dżugaj

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s