Kobieta o dwóch twarzach: recenzja serialu ”She” Netflixa

Nawet przymykając oko na fatalnie potraktowaną kwestię kobiecej seksualności o She nie da się powiedzieć wiele dobrego. To jedna z najmniej udanych indyjskich produkcji Netflixa.

Policjantka Bhumi Pardesi (Aaditi Pohankar) raczej nie określiłaby swojego życia mianem udanego. Ma za sobą nieudane małżeństwo, co w hinduskiej kulturze oznacza dla kobiety najwyższą życiową porażkę. Nie mieszka z mężem, ten jednak wciąż nie chce wyrazić zgody na rozwód, dziewczyna ma natomiast na utrzymaniu chorą matkę (Suhita Thatte) i nastoletnią siostrę (Shivani Rangole). W pracy Bhumi radzi sobie nieźle, choć od lat nie wyszła poza policję drogową i jako osoba spolegliwa i cicha raczej nie ma szans na awans. A jednak to właśnie ją Jason Fernandez (Vishwas Kini) wybiera do roli tajnej agentki w śledztwie przeciwko handlarzom narkotykami. Bhumi ma udawać prostytutkę i doprowadzić policję do lokalnego watażki o imieniu Sasya (Vijay Varma). Mimo początkowych oporów dziewczyna wciąga się w nową pracę, stopniowo odkrywając nieznane strony swojej kobiecości i seksualności.

Ponoć do trzech razy sztuka, współpraca Tipping Point i Netflixa pokazuje jednak, że niekoniecznie. Początki były obiecujące, indyjska wytwórnia dała bowiem platformie dwa całkiem udane seriale, po czym całkowicie wyłożyła się na kolejnym. Pomysł na fabułę She, odważny i kontrowersyjny, mógł chwycić zważywszy na fakt, że kobieca seksualność wciąż poddana jest w Indiach daleko idącej kontroli społecznej. Kwestia ta od dłuższego czasu obecna jest wprawdzie w kinematografii artystycznej, do kina komercyjnego przebija się jednak bardzo powoli. W produkcji Netflixa mogła zostać doskonale przedstawiona, biorąc pod uwagę fakt, że producenci nie byli skrępowani indyjską cenzurą. Niestety, na dobrych intencjach się skończyło, nimi zaś, jak wiadomo, piekło jest wybrukowane. W tym konkretnym przypadku jest to piekło kobiet.

Co poszło nie tak? Wszystko, poza pomysłem. Już pierwszy odcinek pokazuje, że fabuła odzwierciedla męskie spojrzenie na kobiecą seksualność i zamiast wpisywać się w dyskurs feministyczny ugruntowuje krzywdzące stereotypy. Bhumi ma za sobą nieudane, naznaczone przemocą seksualną małżeństwo, w obliczu gwałtu ze strony Sasyi to właśnie w traumatycznych doświadczeniach z przeszłości znajduje jednak źródło swej nagłej erotycznej siły i agresji. Tak, dobrze czytacie, nie musicie wracać do początku zdania: gwałt zmienia Bhumi w seksualnego drapieżcę. Kolejne odcinki miały, w zamierzeniu twórców, pokazać ewolucję bohaterki, która z zahukanej, erotycznie zablokowanej i średnio atrakcyjnej kobiety staje się osobą pewną siebie i wyzwoloną. Rzecz jednak w tym, że Bhumi nigdy nie staje się wolna, jej siła budzi się bowiem wyłącznie pod wpływem przemocy seksualnej. Tego rodzaju seksistowskie bzdury wpisane są w komercyjną kinematografię indyjską, raczej nie spodziewałam się ich jednak w serialu powstałym na potrzeby Netflixa.

A co poza tym? Nawet przymykając oko na fatalnie potraktowaną kwestię kobiecej seksualności o She nie da się powiedzieć wiele dobrego. Owszem, Vijay Varma dobrze sobie radzi jako nieco nonszalancki bandyta, a z równie dobrą Aaditi Pohankar tworzy całkiem przekonujący duet, ta dwójka nie jest jednak w stanie przykryć aktorskich braków pozostałych członków obsady. Inna rzecz, że drugoplanowi aktorzy nie bardzo mają co grać, wykreowane przez scenarzystów postacie są bowiem płaskie jak kartka papieru i w równym stopniu jak ona pozbawione wielowymiarowości. Główny negatywny bohater, czyli tajemniczy Nayak (Kishore Kumar G), pojawia się dopiero w przedostatnim odcinku, a szkoda, bo postać ta całkiem nieźle rokuje i mogłaby nadać serialowi nieco charakteru. Psychologia postaci? Zapomnijcie, to nie tego typu produkcja. Największym problemem She jest jednak scenariusz – nudny i przegadany, zdradzający totalny brak zdecydowania produkcji odnośnie gatunku, w ramach którego chcą się poruszać. Widać, że osoby odpowiedzialne za powstanie She nie do końca wiedziały, czy ma to być serial sensacyjny, czy raczej dramat obyczajowy, a efekty ich wahania kłują widza w oczy dosłownie w każdej minucie. Opowieść stanowiąca trzon fabuły raz po raz pruje się w szwach, bardziej wiarygodny wydaje się wątek relacji Bhumi z matką i siostrą – niestety, potraktowany dość pobieżnie. Szkoda zaakcentowanej tylko w jednej scenie kwestii dyskryminacji kobiet w policji – to temat rzeka, wciąż słabo eksplorowany przez indyjskich filmowców. Gwoździem do trumny serialu są jednak dialogi między Sasyą i Bhumi – błyskotliwe w założeniu, nudne i głupawe w rzeczywistości.

Drugi sezon, który zadebiutował na Netflixie w czerwcu tego roku, kontynuuje ewolucję postaci Bhumi. Dziewczyna prowadzi podwójne życie, nieustannie balansując na krawędzi dwóch światów: przestępczego i policyjnego. W pierwszym z nich jest silną, emanującą erotyzmem i władzą wolną kobietą, w drugim – zahukaną, podrzędną policjantką, podporządkowaną surowym wymogom patriarchalnego społeczeństwa. Bhumi próbuje podjąć decyzję, który z tych światów powinna wybrać. W owej ewolucji niezwykle istotną rolę odgrywają kwestie moralności i zła – tu świetną robotę robią naprawdę dobrze rozpisane rozmowy Nayaka i Bhumi oraz dylematy, przed którymi Nayak stawia swoją kochankę. Dodatkowym atutem jest też niewątpliwa chemia między Aaditi Pohankar i Kishorem Kumarem G. Problem w tym, że podobnie jak w pierwszym sezonie, Bhumi została przez scenarzystów potraktowana przedmiotowo – Aaditi Pohankar stara się wydobyć z niej jak najwięcej realnej kobiety, wychodzi jej to jednak nieco słabiej niż poprzednio, nie potrzebnie bowiem wpada w patetyczny ton bardziej przystający do teatru niż serialu telewizyjnego.

Na plus drugiemu sezonowi She poczytać należy bardzo dobre zdjęcia i robiącą wrażenie scenografię – zwłaszcza wykorzystanie światła. Dobrym pomysłem scenarzystów natomiast było wprowadzenie postaci hidźry jako antagonistki Bhumi oraz obsadzenie w tej roli świetnego Resha Lambę. Na tym jednak lista zalet She się kończy – drugi sezon powiela wszystkie grzechy poprzedniego i dodaje kilka nowych. Czy mimo tylu wad warto ten serial obejrzeć, ot, choćby dla poznania innego oblicza kinematografii Indii? Nie, nie warto – ten czas lepiej poświęcić na inne, zdecydowanie bardziej udane indyjskie produkcje Netflixa. Jest ich, na szczęście, całkiem sporo.

Blanka Katarzyna Dżugaj

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s