Uprzedzenia białego człowieka: recenzja powieści „Pieśń bogini Kali” Dana Simmonsa

Mocno przeciętna fantastyka, przykrywająca postkolonialne poczucie wyższości białego człowieka. Sensu w tym niewiele, sporo natomiast stereotypów i uprzedzeń.


Nowy Jork, 1977 rok. Robert Luczak, poeta i publicysta, dostaje zlecenie od prestiżowego magazynu literackiego – ma napisać artykuł o zaginionym przed ośmiu laty słynnym poecie indyjskim i pozyskać prawa do jego najnowszego dzieła. W tym celu, wraz z żoną i półroczną córeczką, wyjeżdża do Kalkuty – miasta, w którym niegdyś żył i tworzył M. Das. Tam zostaje wplątany w mroczną intrygę, a na jego drodze staje sekta tajemniczych zabójców wielbiąca przerażającą boginię Kali. Stawką w grze staje się bezpieczeństwo Roberta i jego rodziny.

Są pisarze zaliczający tak doskonałe debiuty, że nawet powrót do tych powieści po latach dostarcza niezwykłej czytelniczej satysfakcji. Dan Simmons do tego grona, niestety, nie należy – jego Pieśń bogini Kali to książka pod każdym względem przeciętna, w dodatku krzywdząca z punktu widzenia kultury indyjskiej. Niewykluczone, że dziś, po czterech dekadach kariery literackiej, Amerykanin świetnie posługuje się piórem, w momencie tworzenia swojej debiutanckiej powieści miał jednak w tej dziedzinie spore braki. Ujawniały się one zwłaszcza w dialogach – partiach książki, na których zazwyczaj wykładają się mniej utalentowani pisarze. Lita narracja szła Simmonsowi nieco lepiej, choć i tu zdarzały się infantylne wyrażenia i chaos w składni. Początkującym autorom zazwyczaj wybaczam więcej, zwłaszcza, gdy braki w stylu nadrabiają świetnym pomysłem na fabułę i równie udanym jego rozwinięciem. Tu Amerykanin zyskał kilka punktów, niestety – tylko na początku, szybko bowiem sam zaplątał się w stworzonej przez siebie intrydze. Fabuła sprawia wrażenie nie przemyślanej, jak gdyby autor stracił wenę w trakcie pisania i sam nie bardzo wiedział jak niektóre wątki zakończyć. Chciał też ewidentnie wrzucić za dużo grzybów w barszcz, czy też sera do matar paneer, co w połączeniu z brakiem pomysłu na ciekawy finał przyprawia o czytelniczą zgagę.



To, co cenię u każdego pisarza, niezależnie od tego czy tworzy w nurcie literatury wysokiej, czy rozrywkowej, to dogłębny research – tak długo jak autor nie tworzy świata alternatywnego do rzeczywistego, tak długo podbudowa teoretyczna jest dla mnie niezwykle istotna. Dan Simmons raczej nie spędził jednak wielu godzin w bibliotece – fabułę Pieśni bogini Kali zbudował na stereotypach i szczątkach informacji, co dla mnie zawsze jest przejawem lekceważenia czytelnika. Troszkę na zasadzie: słychać, że dzwoni, ale nie wiadomo, w której świątyni. Jak indyjski pisarz więc to, oczywiście, jedyny tak znany w świecie zachodnim, czyli Rabindranath Tagore, jak Kali to jako krwiożercza pani śmierci, jak literatura to Wedy. Klisze, z których korzysta pisarz byłyby nawet zabawne, gdyby nie były zarazem tak bardzo krzywdzące.

Pamiętacie drugi z cyklu filmów z Indianą Jonesem? To świetna przygodówka, po której wielu małych widzów postanowiło w przyszłości zostać archeologami. I z której, niestety, równie wielu odbiorców czerpało wiedzę o kulturze indyjskiej – wiedzę, dyplomatycznie rzecz ujmując, mało rzetelną, bo nie mającą wiele wspólnego z rzeczywistością. Dan Simmons poszedł tą samą drogą, poświęcając rzetelność na ołtarzu rozrywki. Nie tylko bogini Kali została przez niego przedstawiona w mocno skrzywiony sposób – pisarz przedstawił też równie wynaturzony obraz miejsca akcji: stanu Bengal Zachodni i jego stolicy, Kalkuty. Dostało się też jego mieszkańcom – indyjscy bohaterowie powieści to bez wyjątku kłamcy i krętacze, uzależnieni od żucia betelu, służalczy wobec białych turystów, a jednocześnie kombinujący, jakby ich wykorzystać. Wyjątkiem od tej reguły jest żona Roberta, ona jednak wychowała się w Wielkiej Brytanii i mocno dystansuje się od rodzimej kultury. Jest kimś, kogo w Indiach określa się mianem orzecha kokosowego – brązowa na zewnątrz, biała w środku.

Z każdego zdania Pieśni bogini Kali przebija nie tylko nieznajomość tematu, ale też postkolonialna wyższość białego człowieka. Film Indiana Jones i świątynia zagłady bazował na podobnych stereotypach i popkulturowych kliszach, był jednak przynajmniej sprawnie zrealizowany – o powieści Dana Simmonsa nie da się tego, niestety, powiedzieć. To mocno przeciętne połączenie fantastyki z horrorem, które momentami nawet wciąga, częściej jednak nuży i śmieszy.


Blanka Katarzyna Dżugaj

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s