Hołd dla Pocieszycielki: wywiad z Juliette Morillot, autorką powieści „Czerwone orchidee z Szanghaju”

W Korei Południowej żyje ich już tylko siedem. Coraz głośniej walczą o swoje prawa, godność i przeprosin ze strony oprawcy, za jakiego uważają państwo japońskie. Pocieszycielki – kobiety zmuszane do prostytucji w czasie II wojny światowej. Powieść Czerwone orchidee z Szanghaju to hołd dla jednej z nich – mówi francuska pisarka Juliette Morillot.

Blanka Dżugaj: Kobiety pocieszenia przez dekady były pozbawione głosu. Dziś mówią coraz głośniej, a aktywiści i artyści – tacy jak Pani – przemawiają w ich imieniu. Mimo to temat wciąż pozostaje tabu i punktem zapalnym w relacjach między Koreą Południową a Japonią. Co zainspirowało Panią do opowiedzenia tej historii?

Juliette Morillot: Napisałam tę historię dawno temu, w latach 90. Wówczas temat kobiet pocieszenia był mało znany – dopiero zaczynał pojawiać się w prasie. Na Zachodzie właściwie nikt o nim nie mówił. W Korei pozostawał tematem tabu, wstydliwym i niewygodnym.

Dziś ich los jest powszechnie znany, ale w Korei Południowej żyje już tylko siedem takich kobiet. Pozostałe zmarły. Walczyły przez lata, jednak ich walka została w dużej mierze przejęta przez polityków. Nie osiągnięto realnego porozumienia, a jedyne, które zawarto w 2015 roku, było pospieszne i niedopracowane – wymuszone sytuacją geopolityczną i zagrożeniem ze strony Korei Północnej. Same kobiety zostały z niego wykluczone. Dziś to porozumienie właściwie nie obowiązuje. Nie było oficjalnej skruchy Japonii, nie było jednoznacznych przeprosin. Dla tych kobiet to dramat. Umierały, nie doczekawszy sprawiedliwości. Otrzymały pieniądze, ale nie przeprosiny.

Koreańskie niewolnice seksualne.
Fot. United States Marine Corps

Chciałabym też dodać, że niemal nigdy nie mówi się o kobietach pocieszenia z Korei Północnej. One również zasługują na przeprosiny, lecz fakt, że żyją na północ od 38. równoleżnika, czyni je niewidzialnymi. To dodatkowy ból. Kolejne wymazanie.

Kiedy po raz pierwszy zetknęła się Pani z historią kobiet pocieszenia?

Spotkałam jedną z nich przypadkiem, na ulicy. Siedziała na chodniku i sprzedawała jabłka. Codziennie, wracając do domu, kupowałam u niej owoce. Rozmawiałyśmy, ale nic nie wiedziałam o jej przeszłości. Pewnego dnia zaprosiła mnie na kolację. I wtedy zaczęła opowiadać o swoim życiu. Mówiła po koreańsku, a słownictwo związane z prostytucją było trudne. Wypiła sporo alkoholu i zirytowała się moją powolnością w rozumieniu. Nagle rozpięła bluzkę i odsłoniła piersi. Były pokryte bliznami, rozchodzącymi się promieniście wokół sutków. Powiedziała: Jak japońska flaga z promieniami słońca. Żołnierz zrobił mi to papierosem. To był wstrząsający moment. Wtedy też powiedziała: Jesteś pisarką. Napiszesz moje życie.

Dlaczego zdecydowała się Pani opowiedzieć tę historię w formie powieści, a nie reportażu?

Po tak silnym doświadczeniu emocjonalnym nie chciałam ograniczyć się do krótkiego, chłodnego artykułu. W powieści czytelnik przywiązuje się do bohaterów, podąża za ich emocjami i cierpieniem. Chciałam go zaangażować, nie pozwolić mu odwrócić wzroku i przejść dalej. Chciałam opisać wszystko – nawet jeśli temat był brutalny. Musiałam znaleźć realistyczny sposób pokazania tej sekwencji przemocy seksualnej, nie tracąc przy tym emocjonalnej prawdy. To był mój hołd dla niej.

Jak wyglądał proces pracy nad książką? Z jakich źródeł korzystała Pani najczęściej?

Czytałam jak najwięcej świadectw i pracowałam z archiwami historycznymi, choć wówczas dostępnych dokumentów było niewiele. Przede wszystkim jednak wielokrotnie spotykałam się z tą kobietą przed moim wyjazdem. Spisywałam jej historię. Później rozmawiałam z innymi kobietami pocieszenia – Koreankami, Chinkami. Zdecydowałam się również spotkać z japońskimi żołnierzami, aby wysłuchać także ich perspektywy. Poznałam mężczyzn poddanych indoktrynacji – niektórzy nie odczuwali realnych wyrzutów sumienia, twierdząc, że „wykonywali rozkazy dla dobra ojczyzny”. Inni byli przerażeni, ludzcy, czasem głęboko wstrząśnięci własnymi czynami.

Ceremonia odsłonięcia pomnika pamięci seksualnych niewolnic w Seulu

Jedna z historii, którą opisałam w powieści, dotyczyła bardzo młodego żołnierza z obozu kamikaze w południowych Chinach. Kupował „kwadrans” z prostytutką, ale jej nie dotykał. Udawał gwałt – w rzeczywistości byli to dwoje nastolatków, którzy spotykali się i grali w karty. Zginął, rozbijając samolot w Chinach. Dwoje młodych ludzi poświęconych na ołtarzu imperializmu. Ta kobieta poprosiła mnie, bym odnalazła jego rodziców. Miałam dwa tropy: mieszkał w Shimonoseki i miał białego psa. To było jak szukanie igły w stogu siana.

Czy w trakcie pracy natrafiła Pani na fakty, które szczególnie Panią wstrząsnęły?

Zdumiał mnie mało znany fakt, że Amerykanie w Japonii po wojnie po prostu korzystali z kobiet pocieszenia w japońskich domach publicznych. Nie uwolnili ich tak, jak uwolniono więźniów obozów nazistowskich. Wykorzystywali je. Gwałcili. Prostytutka pozostaje prostytutką – kimś bez znaczenia. Wstrząsające było też to, że po wojnie te kobiety nie mogły odbudować życia. Koreańskie społeczeństwo je odrzuciło. Rodziny się od nich odwróciły. Ciążyło na nich „skalanie” gwałtu – a w zbiorowej świadomości wciąż funkcjonowało przekonanie, że kobieta ponosi jakąś odpowiedzialność.

Ceremonia odsłonięcia pomnika pamięci seksualnych niewolnic w Seulu

„Moja” starsza kobieta nigdy nie chciała mówić o swojej przeszłości w Korei i nie należała do żadnego stowarzyszenia. Wstydziła się. Nigdy nie poszła do publicznej łaźni, choć przez dekady był to w Korei standard. Wstydziła się blizn i ponownego „przeżywania gwałtu” podczas opowiadania swojej historii. Ja byłam cudzoziemką, mówiłam po koreańsku. Czasem łatwiej zwierzyć się obcemu niż bliskim. Napisanie powieści było sposobem, by przekazać jej głos.

Wybierając powieść a nie reportaż musiała Pani stanąć przed problem pogodzenia wierności historycznej z literacką fikcją…

Prowadziło mnie intensywne wspomnienie tej kobiety. Prowadziły mnie badania akademickie oraz studia nad kolonizacją japońską, którymi zajmowałam się na uniwersytecie. Czułam się pewnie w faktach historycznych, dlatego mogłam pozwolić sobie na swobodę literacką.

W moim odczuciu powieść buzuje od gniewu i poczucia krzywdy. Jakie emocje chciała Pani przekazać?

Głęboką złość. Wykorzystywanie kobiecego ciała to uniwersalny motyw – także dziś. Gwałt nadal bywa narzędziem wojny. To budzi we mnie sprzeciw.

W Polsce mamy zalew powieści – w większości nieudanych – na temat obozów nazistowskich. Infantylnych, ociekających tanimi emocjami. Jak pisać o traumie, nie popadając ani w sentymentalizm, ani w epatowanie cierpieniem?

Byłam tak wstrząśnięta tym spotkaniem, że pisałam, jakbym mówiła w jej imieniu. Książka jest napisana w pierwszej osobie. Opisy tortur i gwałtów są niemal kliniczne – chciałam powiedzieć wszystko, niczego nie ukrywając, aby czytelnik uświadomił sobie skalę tragedii. To pewien „tryb automatyczny”, podobny do mechanizmu dysocjacji u ofiar przemocy. Dlatego książka tak mocno oddziałuje na czytelników.

Czy literatura może być formą symbolicznej sprawiedliwości?

Sztuka pozwala bronić spraw i oddać sprawiedliwość ludziom. Ale w przypadku kobiet pocieszenia nie zastąpi to oficjalnych przeprosin i uznania winy przez rząd Japonii. Jak zaakceptować fakt, że porwane kobiety były w rejestrach japońskiej armii klasyfikowane jako „amunicja”? To hańba.

Czy powieść stała się głosem w debacie historycznej i politycznej?

Niestety nie. Nie została przetłumaczona na język koreański, japoński ani angielski. Jej oddźwięk w debacie publicznej jest więc ograniczony.

Czy literatura może wpływać na pamięć zbiorową tam, gdzie zawodzi oficjalna historia?

Jestem o tym przekonana. Z komentarzy czytelników wiem, że powieść odsłoniła przed nimi nieznaną kartę historii.

Z czym chciałaby Pani pozostawić czytelnika? Co chciałaby Pani, aby wyniósł z lektury tej książki?

Świadomość, że należy sprzeciwiać się wykorzystywaniu kobiecego ciała. Kobieta daje życie, a w czasie wojen to ona często cierpi najbardziej. O tej walce trzeba pamiętać każdego dnia.

Powieść oddziałuje mocno na czytelników, chciałabym jednak zapytać jak wpłynęła na Panią? Jako pisarkę i jako człowieka?

Pisałam w czymś w rodzaju długiego transu. To było brutalne doświadczenie. Później podarowałam książkę „mojej” starszej kobiecie – choć nie czyta po francusku. Podziękowała mi, dając cztery jabłka. Jej spojrzenia w tamtej chwili nigdy nie zapomnę. Do dziś przechodzą mnie ciarki.

Rozmawiała Blanka Dżugaj

Dodaj komentarz