Kto się czubi, ten się lubi w wersji arabskiej. Ograne schematy, ale temat odświeżony przez realia kulturowe regionu, który przechodzi istotne przemiany w kwestiach obyczajowych.
Hamad (Mahmoud Boushahri) ma właśnie dopiąć ważny kontrakt, który ustawi go na mocnej pozycji w rodzinnym biznesie, gdy ojciec stawia mu ultimatum: albo w ciągu miesiąca ożeni się i spłodzi syna, albo zostanie wydziedziczony. Przyjaciele podsuwają mu Noor (Nour Al Ghandour), nauczycielkę fitness pragnącą odegrać się na byłym chłopaku. Dziewczyna jest zdecydowana poślubić jakiegokolwiek mężczyznę i udać się z nim w podróż poślubną w to samo miejsce, w którym miesiąc miodowy spędza jej ex. Jak nietrudno się domyślić do ślubu dochodzi, para wyjeżdża w egzotyczną podróż i…wszystko staje na głowie.

Jedno niech będzie jasne: nie cierpię komedii romantycznych. Wyjątki robię tylko dla klasyków, a i to z rzadka, gdy wymaga tego praca – poza tym nie oglądam. Tymczasem gatunek ten ewidentnie przeżywa rozkwit, a przewidywania ekspertów wieszczących jego rychły koniec okazały się mocno przedwczesne. Komedię romantyczną odkryło też kino arabskie, coraz odważniejsze w mówieniu o kwestiach obyczajowych, zwłaszcza damsko-męskich. Scenarzystom kuwejckiego Miodowego miesiąca odwagi z pewnością nie zabrakło – film otwarcie mówi o seksie, przy okazji naśmiewając się z przesądów i uprzedzeń spowijających tę sferę życia w kulturze arabsko-muzułmańskiej. To właśnie takie przesądy uniemożliwiają Hamadowi i Nour skonsumowanie małżeństwa – nie żeby oboje palili się do wspólnie spędzanych nocy. Film stanowi też wartościowe spojrzenie na arabsko-muzułmańskie społeczeństwo i zmiany jakie – wolno, bo wolno, ale jednak w nim zachodzą. Kuwejt uważany jest za jeden z bardziej liberalnych krajów w regionie Zatoki Perskiej, wciąż jest to jednak państwo o konserwatywnym podejściu do seksualności i cielesności – państwo, w którym małżeństwa aranżowane są na porządku dziennym, a skromność i “czystość” to najbardziej pożądane cechy potencjalnej panny młodej.

Miodowy miesiąc to dobry wybór dla zagorzałych fanów komedii romantycznych, nieco już znużonych hollywoodzkimi produkcjami tego typu. Choć bazuje bowiem na schemacie “kto się czubi, ten się lubi”, który kino z Los Angeles zrealizowało już na tysiąc sposobów, to dodaje do niego powiew świeżości wynikający z odmienności kulturowej. Między Mahmoudem Boushahrim a Nour Al Ghandour jest ewidentna chemia ekranowa – grani przez nich bohaterowie wprawdzie nie darzą się sympatią, aktorzy zdają się jednak doskonale bawić swoimi rolami. Pomaga to widzowi wczuć się w sytuację młodego małżeństwa i kibicować mu – choć i tak finał całej tej awantury jest znany od pierwszych minut filmu. Koniec końców to przecież komedia romantyczna, która choć ślubem się zaczyna, a nie kończy, musi zmierzać do szczęśliwego zakończenia.

Aktorsko Miodowy miesiąc stoi na przyzwoitym poziomie, niektóre żarty śmieszą, a dialogi momentami są całkiem błyskotliwe. Znacznie bardziej boli widza scenografia – przypomina pocztówkę, której jedynym celem jest zachęcenia widza do wykupienia wycieczki do Kuwejtu. Fabuła opowiada o ludziach z wyższej warstwy społecznej, wszyscy są więc piękni i zadbani, noszą fantastyczne ciuchy i mieszkają w luksusowych apartamentach – tak, nawet instruktorka fitness, która nie jest influencerką. Nour Al Ghandour jest do tego tak wygładzona filtrami, że bardziej niż żywą kobietę przypomina lalkę Barbie, co wielu widzkom może utrudnić utożsamienie się z nią i jej matrymonialnymi problemami. Wszystko to sprawia, że najnowsza kuwejcka produkcja Netflixa to rzecz raczej dla najbardziej zagorzałych miłośników gatunku i osób zainteresowanych kulturą arabsko-muzułmańską.
Blanka Katarzyna Dżugaj
