Wielkimi krokami zbliżają się wybory powszechne w Indiach, największej demokracji na świecie pod względem liczby uprawnionych do głosu – prawie miliard osób. Głosowanie potrwa prawie półtora miesiąca – rozpocznie się 19 kwietnia, a zakończy dopiero 1 czerwca. Zdecydowanym faworytem jest koalicja, której częścią jest partia rządząca obecnie krajem Indyjska Partia Ludowa, czyli Bharatiya Janata Party (BJP) premiera Narendry Modiego. Naprzeciw siebie ma ona skłóconą i osłabioną opozycję zgrupowaną jako wielopartyjna koalicja INDIA. Indyjska gospodarka ma się doskonale, a niedawno Indie dołączyły do elitarnego klubu mocarstw eksplorujących powierzchnię księżyca. Z drugiej strony wiele grup społecznych nie czuje się reprezentowanych przez rządzących hinduskich nacjonalistów. Czy jest jakakolwiek szansa na zmianę władzy w najliczniej zaludnionym kraju na świecie?
Tegoroczne wybory w Indiach są zdecydowanie największym plebiscytem na świecie, w związku z czym zostaną rozłożone na 7 faz, z których pierwsza zacznie się 19 kwietnia, natomiast ostatnia przypadnie na 1 czerwca. W każdej z nich głosować będą inne stany i dystrykty. Większe stany takie jakie Uttar Pradeś, Bihar i Bengal Zachodni będą głosowały we wszystkich siedmiu fazach, podczas gdy w najmniejszych plebiscyt zamknie się w jednej fazie. Tegoroczna organizacja będzie wymagała ogromnych nakładów finansowych oraz nadzwyczajnej koordynacji władz i służb porządkowych. Uprawnionych do głosowania jest aż o 150 milionów obywateli więcej niż w poprzednich wyborach w 2019 roku – w sumie aż 968 milionów osób! W całym kraju aż 15 milionów osób będzie pomagało w przygotowaniu około miliona lokali wyborczych i dbaniu o uczciwość procesu oraz bezpieczeństwo głosujących i pracowników lokali.

W wyborach weźmie udział ponad 2600 partii politycznych, lecz do walki o władzę staną przede wszystkim dwie koalicje: Narodowy Sojusz Demokratyczny (National Democratic Alliance – NDA), którego najważniejszą partią jest znajdująca się u władzy Indyjska Partia Ludowa (BJP) premiera Narendry Modiego. BJP reprezentuje elektorat głównie hinduski, który w ciągu ostatnich lat został uwiedziony przez ideologię hindutwy – hinduskiego nacjonalizmu, który postrzega Indie jako państwo hinduskie, a nie świeckie. Badania opinii publicznej dają NDA komfortowe zwycięstwo, które dałoby premierowi Modiemu i jego partii rekordową trzecią kadencję z rzędu. Szczególnie dobrze może się jej powieść w największym pod względem ludności stanie Uttar Pradeś, gdzie – jeśli sondaże rzeczywiście odzwierciedlają zamiary wyborców – mogą wygrać aż 73 z 80 miejsc. W 2019 roku BJP zdobyło 303 miejsc z 543 w niższej izbie parlamentu zwanej Lok Sabha, znacznie powyżej progu dającego większość parlamentarną czyli 272 miejsc. Tym razem hinduscy nacjonaliści celują w 370 miejsc nie licząc koalicyjnych partnerów, co stanowiłoby miażdżące zwycięstwo nad opozycją.

Rywale BJP połączyli siły w koalicję występującą pod skrótem INDIA, który rozwija się jako Indyjski Inkluzywny Sojusz Narodowy na rzecz Rozwoju (po angielsku Indian National Developmental Inclusive Alliance). Jej głównym ugrupowaniem jest Indyjski Kongres Narodowy, który dominował w indyjskim życiu od niepodległości kraju w 1947 roku aż do niedawna, kiedy drastycznie stracił poparcie na rzecz BJP. Jego lider, Rahul Gandhi, wywodzi się ze słynnej dynastii politycznej, którą niegdyś zapoczątkował pierwszy premier Indii Jawaharlal Nehru, i którą kontynuowała między innymi jego córka Indira Gandhi, a potem jej syn Rajiv Gandhi. Wiadomo, że Rahul Gandhi nie będzie twarzą koalicji INDIA, która nie wybrała jeszcze swojego kandydata na stanowisko premiera. Największą bolączką zjednoczonej opozycji są podziały, które często nie pozwalają jej na obranie wspólnej strategii. Nic dziwnego, wszak wśród ugrupowań tworzących koalicję znajdują się opcje tak odległe od siebie w politycznym spektrum jak komuniści, umiarkowana prawica (Shiv Sena z Maharasztry) czy też regionalne partie drawidyjskie ze stanów południowych. Partie te reprezentują interesy różnych grup społecznych i niezwykle trudno jest im znaleźć wspólny język. Z pewnością nie pomagają im też oskarżenia o korupcję na przykład niedawno aresztowanego lidera partii Aam Aadmi Arwinda Kejriwala, posądzanego o wzięcie łapówek w ramach procesu prywatyzacji sklepów monopolowych w Delhi. Zwolennicy partii oraz politycy opozycji zgodnie twierdzą, że Kejriwal jest niewinny, a jego aresztowanie jest polityczną zagrywką rządu mającą na celu osłabienie opozycji przed wyborami.

Z kolei na korzyść BJP działa niezwykle korzystna koniunktura gospodarcza – pod wodzą premiera Modiego Indie notują najwyższy wzrost gospodarczy wśród czołowych ekonomii na świecie. Kolejnym czynnikiem przysparzającym popularności obecnemu rządowi jest program darmowej żywności rozdawanej na terenach wiejskich od czasu pandemii Covid-19. W ten sposób BJP zapewniło sobie lojalność sporej części uboższego elektoratu z mniejszych miejscowości. Swoją popularność partia Modiego zawdzięcza też skutecznym działaniom propagandowym takim jak inauguracja świątyni hinduskiej w Ajodhji na terenie zburzonego w 1993 meczetu Babri Masjid. Dla wielu hinduskich nacjonalistów to niezwykle istotne wydarzenie, na które czekali od ponad 30 lat. Oprócz tego, kolejnym sukcesem propagandowym było zeszłoroczne lądowanie indyjskiej sondy Chandrayaan-3 na księżycu, które przepełnia dumą wielu obywateli kraju. To za rządów BJP Indie dołączyły do elitarnego wyścigu mocarstw na księżycową metę. W opinii wielu Indusów, to właśnie osiągnięcia ostatnich 10 lat pod kierownictwem partii Narendry Modiego wywindowało Indie do obecnego prestiżu i szacunku, jakimi cieszą się na arenie międzynarodowej.

Jednak nie wszyscy w Indiach dają się zwieść propagandzie sukcesu BJP. Wielu krytyków rządu ze zmartwieniem obserwuje oznaki poważnego kryzysu indyjskiej demokracji. W ciągu ostatniej dekady znacząco wzrosły prześladowania mniejszości religijnych, w szczególności muzułmanów, ale także chrześcijan. Antyislamska retoryka przedstawicieli rządu ma poważne konsekwencje dla wyznawców tej religii, coraz bardziej spychanych na margines społeczeństwa. W Indiach regularnie dochodzi do ataków na miejsca kultu oraz osoby innego wyznania, które oskarża się na przykład o zmuszanie hindusów, a zwłaszcza kobiet, do przejścia na inną religię. W ostatnich latach rząd premiera Modiego ustanowił też prawa, które ułatwiają zdobycie indyjskiego obywatelstwa członkom prześladowanych mniejszości religijnych z krajów ościennych z większością muzułmańską (Afganistan, Pakistan i Bangladesz), wykluczając w ten sposób samych wyznawców islamu. Według indyjskiego rządu muzułmanie nie należą do zagrożonych dyskryminacją mniejszości w sąsiednich krajach. O prześladowaniach szyitów w Pakistanie czy też Hazarów w Afganistanie indyjscy włodarze zapewne nigdy nie słyszeli, a Mjanmy nie biorą nawet pod uwagę bo musieliby objąć ochroną uchodźców z ludu Rohingja.

Coraz większym problemem jest też kontrola rządu i jego sprzymierzeńców nad mediami oraz uniemożliwianie pracy dziennikarzom reprezentującym coraz mniej liczne niezależne środki masowego przekazu. W zeszłym roku głośno było o przejęciu stacji NDTV przez konglomerat należący do miliardera Gautama Adaniego, jednego z najbogatszych ludzi na świecie, który jest postrzegany jako bliski sprzymierzeniec premiera Narendry Modiego. Oprócz mniejszości religijnych i dziennikarzy, na celowniku rządzących krajem znaleźli się też aktywiści oraz politycy opozycji, tacy jak wyżej wspomniany Arwind Kejriwal. W oczach wielu obywateli indyjska demokracja i świecki charakter państwa są dzisiaj zagrożone pod naporem hinduskiego nacjonalizmu spod znaku kwiatu lotosu – symbolu BJP. Obecny rząd coraz bardziej ściąga Indie w kierunku, który niegdyś wybrał Pakistan, czyli państwa opartego na tożsamości religijnej, nie gwarantującego równości obywatelom innego wyznania niż dominujące.

Spore kontrowersje wywołuje też liberalizacja prawa dotyczącego przekazywania donacji na partie polityczne, która zezwalała na anonimowe donacje do budżetu ugrupowań politycznych w formie zakupu obligacji wyborczych. Głównym beneficjentem tej zmiany w prawodawstwie była partia BJP, która otrzymała połowę ogólnej sumy 120 miliardów rupii, w tym nawet od biznesmena oskarżonego w sprawie sądowej, w ramach której aresztowano Arwinda Kejriwala. Plan obligacji wyborczych został wprowadzony przez rząd BJP w 2018 roku i miał na celu zwiększenie przejrzystości donacji. Według krytyków efekt był jednak odwrotny. W lutym tego roku indyjski Sąd Najwyższy orzekł, iż program jest sprzeczny z konstytucją i od tego czasu sprzedaż obligacji jest zakazana, a informacje o donacjach zostały obowiązkowo podane do wiadomości publicznej.

BJP zraziła też do siebie rolników, którzy niedawno ruszyli na stolicę kraju z prowincji Pendźab z serią postulatów i żądań, o czym informowaliśmy TUTAJ. Modi i jego partia nie cieszą się też popularnością w stanach południowych takich jak Tamil Nadu i Kerala. Lista grup społecznych, które nie darzą sympatią obecnego rządu jest długa, ale czy to wystarczy, aby w Indiach doszło do zmiany? Najprawdopodobniej nie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na miażdżące zwycięstwo BJP i kolejnych 5 lat rządów hinduskich nacjonalistów. Indyjskie społeczeństwo jest w większości zbyt odurzone wpajaną przez hinduską prawicę ideologią, aby zauważyć, że być może jest ona niekompatybilna z demokracją, równością i sprawiedliwością społeczną.
Filip Ramesh Mitra
