W labiryncie: recenzja powieści “Wyjście nr 8” Genkiego Kawamury

Gra na podstawie książki? Znamy i lubimy. Ale… książka na podstawie gry? Genki Kawamura udowadnia, że taki eksperyment może się udać. 

Zwyczajny dzień w zwyczajnym japońskim metrze. Zatłoczony pociąg, płaczące dziecko, krzyczący na jego matkę mężczyzna. I młody chłopak, który podkręca dźwięk w telefonie i chowa się za głośną muzyką. To, co następuje później zwyczajne już jednak nie jest. Bezimienny bohater widzi tajemniczą instrukcję wyjścia z podziemi, ale choć kieruje się w stronę wyjścia nie może znaleźć właściwej drogi. 

Najpierw książka, potem film? A może odwrotnie? Teoretycznie możliwa jest każda z tych kombinacji, w praktyce – czyli w odniesieniu do Wyjścia nr 8 – w grę wchodzi tylko jedna odpowiedź: najpierw książka. Bez niej kilka filmowych wątków jest w najlepszym przypadku niezrozumiała, w najgorszym zaś – absurdalna. Zacznijmy jednak od początku, czyli przesłania. Zarówno książka, jak i film stanowi metaforę męskiego strachu przed ojcostwem – mamy więc do czynienia z motywem skonsumowanym przez dzieła kultury na wszystkie możliwe sposoby. Owszem, Genki Kawamura podszedł do tematu z pewną dozą świeżości, nie jest ona jednak w stanie przykryć prostego faktu: o męskim strachu przed rodzicielstwem powiedziano już wszystko i przynajmniej żeńska część odbiorców kultury ma tego serdecznie dość. Szkoda więc, że autor nie wykazał się odwagą i w miejscu męskiego bohatera nie postawił kobiety. Dlaczego odwagą? Bo kobiece obawy związane z byciem rodzicem budzą znacznie większe kontrowersje i społeczny opór niż męskie. I to kobiety są za ten strach znacznie mocniej napiętnowane niż mężczyźni. Genki Kawamura poszedł więc utartą ścieżką, nie wnosząc do literatury praktycznie nic nowego. 

Nie czytać więc? Ależ czytać! Na tym bowiem przesłanie powieści się nie kończy – równie ważne, a może nawet ważniejsze, jest pytanie o wagę naszych codziennych, często mało ważnych decyzji. Kawamura pyta, jak wielki wpływ na życie nas samych i innych ludzi mają nasze postępowanie i podejmowane ad hoc decyzje. Choćby taka, by nie zauważać faceta wrzeszczącego na młodą matkę z płaczącym dzieckiem w metrze. Łatwiej bowiem założyć słuchawki, puścić głośno muzykę i udawać, że nas to nie dotyczy. To pytanie rodzi kolejne: o czym te decyzje świadczą, kim jesteśmy i ile jest w nas człowieczeństwa? I wreszcie: jak bardzo jesteśmy zdeterminowani, by osiągnąć upragniony cel? Znaków zapytania sporo, odpowiedzi niewiele – na większość pytań Kawamury czytelnik musi odpowiedzieć sobie sam, co bynajmniej nie jest wadą. 

Wyjście nr 8 ma zresztą do zaoferowania znacznie więcej niż przesłanie. Przede wszystkim wartką akcję, co wcale nie jest oczywistością – nie, choć bohaterowie kręcą się w kółko we wciąż tych samych podziemiach metra, z narracji nie wieje monotonią. Trzeba nie lada talentu, by mając do dyspozycji kilka korytarzy oraz pięć wiszących na ich ścianach obrazków i instrukcję działania, nie zanudzić czytelnika. Genki Kawamura, na szczęście, talent ten posiada. W stosunku do filmu opowiedział pokrótce historie bohaterów, nadając im tym samym minimum głębi psychologicznej, niezbędnej by fabuła nie przypominała (nomen omen) gry komputerowej. Bez tych informacji motywacja dwóch mężczyzn i chłopca z filmu staje się niezrozumiała. Język powieści jest prosty, ale nie prostacki – jest w nim wystarczająco dużo elegancji, by uznać ją za dobrze napisaną, ale nie na tyle dużo, by książka przestała być po prostu dobrą rozrywką na jeden wieczór. Tylko jeden? Tak, Wyjście nr 8 to zaledwie nieco ponad 100 stron i owszem – budzi odrobinę niedosytu. Nie w związku z brakiem akcji, a jeszcze większą głębią psychologiczną postaci. Niemniej, Wyjście nr 8 to powieść, która pozwala całkowicie oderwać się od rzeczywistości – sugestywne opisy, gęsta, wręcz klaustrofobiczna atmosfera i dobre tempo akcji sprawiają, że lepiej nie czytać jej, gdy nie ma się czasu na przysłowiowy “jeszcze jeden rozdział”. 

Blanka Katarzyna Dżugaj

Dodaj komentarz