The Forest of Love: Deep Cut to kwintesencja stylu Siona Sono, w którym groteska miesza się z czarnym humorem, wizualna poetyka z brutalnością slasherów, całość fabuły balansuje zaś na granicy kiczu. Jeśli więc awangardowa stylistyka japońskiego twórcy do tej pory was nie przekonała, szanse by stało się to teraz oscylują wokół zera.
1985 rok. Grupa zaprzyjaźnionych uczennic żeńskiego liceum w Tokio przygotowuje spektakl na szkolny festiwal. Prym wiodą trzy z nich: Takeo (Kyoko Hinami), Mitsuko (Eri Kamataki), oraz wcielająca się w postać Romea, powszechnie uwielbiana Eiko (Natsuki Kawamura). Pracę dziewcząt przerywa nagła, tragiczna śmierć Eiko, która kładzie się cieniem na dalszym życiu jej przyjaciółek.
1995 rok. Dorosłe życie dwóch dziewcząt, Takeo i Mitsuko, naznaczone jest tragedią sprzed lat i permanentnym poczuciem straty. Pierwsza z nich angażuje się w kolejne, nic nie znaczące i pozbawione uczucia relacje z mężczyznami, druga wręcz przeciwnie – izoluje się od świata w czterech ścianach swego domu. Egzystencja dawnych przyjaciółek zmienia się całkowicie wraz z pojawieniem się Joe Muraty (Kippei Shiina) oraz grupy młodych filmowców-amatorów.

Netflix potrafi mnie zaskoczyć. Pierwszy raz zdarzyło się to kilka lat temu, gdy w bazie pojawił się film z bengalskiego nurtu parallel cinema, po raz ostatni w ubiegłym roku wraz z udostępnieniem najnowszego dzieła Siona Sono – reżysera, którego nie bez przyczyny określa się mianem najbardziej wywrotowego twórcy współczesnego kina japońskiego. Chodzi o The Forest of Love – opartą na prawdziwych wydarzeniach opowieść o grasującym w latach 1990 – 2000 na Kiusiu seryjnym mordercy. Opowieść będącą kwintesencją stylu reżysera, który sam siebie porównuje do przewrotnego demona z japońskich wierzeń ludowych, znanego z prowokowania ludzi do podążania za ich najbardziej niegodziwymi pragnieniami.
Siona Sono albo się akceptuje w całości, albo równie konsekwentnie odrzuca, raczej nie ma tu miejsca na podejście pośrednie. Stylistyka jego filmów, balansująca na granicy kiczu (przy czym kiczu absolutnie zamierzonego) i przepełniona scenami brutalnej przemocy, nie każdemu przypadnie do gustu i trudno się temu dziwić. Japończyk uwielbia groteskę, absurd i surrealizm, lubuje się w scenach rodem ze slasherów, obrazy przepełnione poetyckim wręcz pięknem miesza z horrorową ohydą, narrację przesyca zaś dużą dawką czarnego humoru i elementami parodii. Wszystko to w jednym tylko celu: wydobyciu prawdy o człowieczeństwie, w przekonaniu Siona Sono łączącym najmroczniejsze, pierwotne wręcz instynkty z dobrem, czystością i szlachetnością. The Forest of Love: Deep Cut nie należy pod tym względem do wyjątków, jeśli więc awangardowa stylistyka japońskiego twórcy do tej pory was nie przekonała, szanse by stało się to teraz oscylują wokół zera.

Po co robić serial na podstawie filmu, który znaczna część krytyków oceniła jako zbyt długi? Powodów może być wiele, dwa z nich nasuwają się jednak szczególnie mocno: chęć wyciśnięcia z projektu jeszcze kilku jenów lub uzupełnienie fabuły. Nie wiem, jak wyszło z pierwszym, w drugim przypadku zamysł się jednak powiódł – koncepcja fabuły zyskała spójność i harmonię, bohaterowie otrzymali natomiast głębszą psychologiczną motywację. Doskonale rozwinięta została zwłaszcza postać Joe’go Muraty – charyzmatycznego, uroczego, a zarazem nieco demonicznego uwodziciela i łowcy posagów, oraz stłamszonej przez despotycznych rodziców, nieatrakcyjnej dziewicy Mitsuko. Ta dwójka została, zresztą, fantastycznie zagrana przez Kippei Shiinę i Eri Kamataki – owszem, jest w ich zachowaniu i wygłaszanych kwestiach sporo teatralnej przesady, wynika ona jednak z przyjętej przez reżysera parodystycznej konwencji. Głębi nabrała również przedziwna relacja Muraty z Shinem (Shinnosuke Mitsushima), chłopakiem z prowincji, marzącym o karierze w wielkim mieście i zafascynowanym starszym, odnoszącym sukcesy mężczyzną. Niczym wspomniany wcześniej demon, Sion Sono stawia swych bohaterów przed próbami pozornie nie do przejścia, wydobywając na powierzchnię najgłębiej ukryte ciemne strony ich osobowości. Swoim zwyczajem reżyser eksploruje stłamszoną przez konwenanse seksualność oraz skłonność do przemocy, krytykując jednocześnie współczesne społeczeństwo japońskie, w którym grzeczność i uległość wciąż są najbardziej pożądanymi cechami charakteru, mimo że mogą prowadzić do katastrofy.

W The Forest of Love: Deep Cut zdecydowanie mocniej zaakcentowany został motyw filmu w filmie, będący nowoczesną wariacją na temat koncepcji theatrum mundi – Sion Sono wymieszał realne życie swych bohaterów z nagrywanym przez nich filmem, tak że granica między rzeczywistością a fikcją z każdym kolejnym odcinkiem ulega coraz większemu zachwianiu. Serial zmontowany został zgodnie z konkretnym schematem, w ciekawy sposób porządkującym narrację. Każdy z siedmiu odcinków rozpoczyna się sceną z 1993 roku, gdy trójka podróżujących samochodem przyjaciół natyka się w lesie na zwłoki i próbuje zawiadomić policję. W następnej kolejności narracja cofa się do 1985 roku, przybliżając widzowi kolejny fragment z życia Eiko, Takeo i Mitsuko, by następnie przeskoczyć do bieżących wydarzeń z roku 1995. W trakcie odcinków plany czasowe mieszają się jeszcze wielokrotnie, reżyser nigdy jednak nie powraca do roku 1993 – ten okres zarezerwowany jest wyłącznie jako scena otwarcia.
Co ciekawe, ponad dwukrotne wydłużenie opowieści istotnie zmniejszyło ilość przemocy na ekranie – w otrzymanym dodatkowo czasie Sion Sono skupił się bowiem na pogłębianiu psychologicznych portretów bohaterów zamiast na niepotrzebnym już epatowaniu brutalnością. Pojawiły się za to zbędne dłużyzny – niektóre odcinki mogłyby być o kilka minut krótsze, co zminimalizowałoby wrażenie powtarzalności niektórych scen. Ten drobny defekt nie wpływa jednak na pozytywny odbiór całości, zwłaszcza dla fanów zwariowanej, absurdalnej stylistyki japońskiego filmowca. Ci z wydłużenia filmu będą z pewnością zadowoleni, dla nieprzekonanych może to być dobra okazja, by w mniejszych niż bite dwie i pół godziny dawkach zapoznać się z kontrowersyjną konwencją Siona Sono.
Blanka Katarzyna Dżugaj
