Cła i ziemie rzadkie – motyw przewodni azjatyckiej podróży Donalda Trumpa. Azji bardziej zależało na cłach, Trumpowi na pierwiastkach ziem rzadkich, bo 70 proc. ich przetwórstwa kontrolują Chiny, a bez nich nie powstanie nawet smartfon. Obie strony dostały to, co chciały, Azja się ukorzyła, Trump mówił o przyjaźniach i świetlanej przyszłości, ale wojna handlowa bynajmniej nie została zażegnana.
Ledwie Donald Trump postawił stopę na malezyjskiej ziemi a już mógł odtrąbić kolejny sukces. Jaki? Oficjalne zakończenie ósmej wojny, którą on właśnie miał doprowadzić do finiszu. A może dziewiątej? Nie wiem, gubię się. Niemniej, pierwszego dnia 47. szczytu ASEAN w Kuala Lumpur Tajlandia i Kambodża podpisały deklarację pokoju znaną jako Kuala Lumpur Peace Accord. Obejmuje ona wycofanie ciężkiej broni z obszarów przygranicznych, zwolnienie 18 kambodżańskich jeńców wojennych przez Tajlandię oraz utworzenie mechanizmu monitoringu zawieszenia broni z udziałem obserwatorów ASEAN. Deklaracja ta póki co kończy kryzys, do którego doszło w lipcu w rejonie przygranicznym wokół świątyni Preah Vihear oraz przełęczy Chong Bok. Starcia rozpoczęły się 18 lipca 2025 r., kiedy obie armie oskarżały się nawzajem o naruszenie granicy – użyto artylerii i dronów; ostrzały dotknęły także pobliskie wsie, powodując ofiary cywilne. Lokalna prasa donosiła o najmniej 50–70 tys. mieszkańców obu krajów ewakuowanych z terenów przygranicznych.

Źródło: (X) @POTUS
To, czy Donald Trump w ogóle pojawi się w Malezji długo było przedmiotem spekulacji. Pod koniec lipca premier Malezji Anwar Ibrahim, który przewodniczy ASEAN w 2025 roku, stwierdził wprawdzie, że prezydent USA przyjął zaproszenie, Biały Dom potwierdził przyjazd prezydenta dopiero dwa dni przed rozpoczęciem szczytu. Malezja miała się stać pierwszym przystankiem azjatyckiej Trumpa – całkiem udanym zresztą, i to dla obu stron. Podczas pierwszej kadencji tylko raz wziął udział w szczycie ASEAN – na Filipinach w 2017 roku, jego tegoroczna obecność jest więc sporym zwycięstwem dyplomatycznym Anwara, który określił listę światowych przywódców jako dowód dyplomatycznego znaczenia zarówno ASEAN, jak i Malezji. Trump z pustymi rękami też nie wyjechał, bo jak nietrudno się domyślić agendę szczytu zdominowała kwestia amerykańskich ceł. Kilka państw zrzeszonych w ASEAN podpisało z USA umowy – najdalej poszła Tajlandia, która w ramach umowy ramowej zadeklarowała eliminację ceł na około 99 proc. towarów, złagodzenie restrykcji dotyczących zagranicznych inwestycji w sektorze telekomunikacyjnym oraz zakup amerykańskich produktów rolnych o wartości 2,6 mld USD rocznie, 80 samolotów za 18,8 mld USD i surowców energetycznych za 5,4 mld USD rocznie. Wietnam zobowiązał się do znacznego zwiększenia importu amerykańskich produktów, Kambodża natomiast obiecała zniesienie barier handlowych w ramach wzajemnej umowy handlowej. Kluczowym elementem rozmów były minerały krytyczne jako odpowiedź na restrykcje eksportowe Chin – Malezja zgodziła się nie wprowadzać zakazów ani kwot na eksport ziem rzadkich do USA. Wszystkie kraje zgodziły się także na akceptację amerykańskich norm bezpieczeństwa i emisji dla pojazdów. Jeden z obecnych w Malezji przedstawicieli administracji Trumpa stwierdził, że wszystkie te umowy to dowód na to, że USA mogą utrzymać cła jednocześnie otwierając nowe rynki dla amerykańskich rolników, pracowników i producentów. Bo mimo umów Trump utrzymał 19-proc. cła na większość towarów z krajów ASEAN. Na pytanie kto w Malezji był górą dość łatwo odpowiedzieć.
W poniedziałek Trump odleciał do Japonii, gdzie spotkał się z nową premier Sanae Takaichi. Dla sprawującej urząd od niespełna tygodnia szefowej rządu był to spory test: z jednej strony musiała zbudować podwaliny pod dobre relacje ze znanym ze zmiennych nastrojów amerykańskim przywódcą, z drugiej natomiast chronić interesy swojego kraju, głównie gospodarcze. Już od pierwszych minut wizyty Trumpa pokazała, że była zdolną uczennicą swego mistrza Abe Shinzō. Zamordowany 3 lata temu były premier Japonii utrzymywał silne więzi z Trumpem podczas jego pierwszej prezydentury i uchodził za jednego z nielicznych światowych przywódców, którzy umieli sobie z amerykańskim przywódcą radzić. Sanae Takaichi zaczęła spotkanie od przypomnienia o serdecznych relacjach między oboma politykami i rozgrywanymi przez nich partiami golfa, pochwaliła działania Trumpa na rzecz rozwiązania globalnych konfliktów – według rzeczniczki Trumpa, Karoline Leavitt, japońska premierka obiecała nawet nominować Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla. Przez żołądek do serca? Lunch, który Donald Trump zjadł z Sanae Takaichi, ponoć składał się z „amerykańskiego ryżu i amerykańskiej wołowiny, przepysznie przyrządzonych z japońskich składników”. A tak się składa, że Donald Trump od dawna domagał się, by Japonia kupowała ryż z USA. A wszystko to w pełnych przepychu wnętrzach Pałacu Akasaka, po powitaniu przez kompanię honorową i orkiestrę, czyli dokładnie tak, jak Trump lubi: na bogato. Niewątpliwie Sanae Takaichi odrobiła lekcję, za co została nagrodzona stwierdzeniem swego gościa, że będzie jednym z wielkich japońskich szefów rządu.

Źródło: (X) @POTUS
A co z konkretami? Sanae Takaichi i Donald Trump podpisali dokument zapowiadający nową „złotą erę” stosunków amerykańsko-japońskich, potwierdzający zobowiązanie obu krajów do wdrożenia wcześniej zawartych porozumień, w tym 15 proc. ceł wynegocjowanych na początku tego roku oraz umowę dotyczącą minerałów ziem rzadkich. Ten ostatni temat wraca jak bumerang podczas azjatyckiej podróży Trumpa – USA są zależne od importu ziem rzadkich, a szczególnie od dominacji Chin w ich wydobyciu i przetwarzaniu (Chiny wydobywają ok. 60-70 proc. i przetwarzają ok. 90 proc. globalnej produkcji), a ponieważ Waszyngton stara się zabezpieczyć swoją pozycję w gospodarkach przyszłości dostęp do tych surowców jest niezwykle istotny – pierwiastki te są niezbędne do produkcji zaawansowanych technologicznie urządzeń, w tym samochodów, baterii i sprzętu wojskowego. Umowa podpisana z Japonią zakłada uproszczenie procedur regulacyjnych, wspólne działania w celu zabezpieczenia łańcuchów dostaw, możliwość tworzenia zapasów, współpracy z innymi państwami-partnerami oraz powołania Grupy Szybkiego Reagowania, która będzie zarządzać szokami podażowymi. Czy to zaspokoi apetyt Trumpa? Chwilowo tak, na dłuższą metę domaga się on jednak większego dostępu do japońskiego rynku, m.in. rolniczego i motoryzacyjnego. Sanae Takaichi czeka więc trudne zadanie.

Źródło: (X) @POTUS
Kolejny (i ostatni) przystanek: Korea Południowa. Najpierw jednak background: pod koniec lipca Waszyngton i Seul opracowały porozumienie, na mocy którego Korea Południowa miała uniknąć najgorszych ceł amerykańskich na import. Ceną była koreańska zgoda na w nowe inwestycje w USA o wartości 350 mld dolarów – w zamian Waszyngton miał nałożyć na Seul niższe stawki celne. Tyle, że rozmowy na temat szczegółów tych inwestycji utknęły w martwym punkcie – jeszcze w momencie, gdy Donald Trump wysiadał z samolotu w Seulu nie było pewne, czy porozumienie w ogóle uda się zawrzeć. Po trwającym 87 minut spotkaniu z Lee Jae Myungiem Donald Trump ogłosił jednak przełom – zgodnie z zawartą umową Korea Południowa zainwestuje w USA 350 mld dolarów, z limitem ustalonym na 20 mld dolarów rocznie. Inwestycje będą realizowane etapami, aby zminimalizować wpływ na rynek walutowy, przy czym 200 mld dolarów Seul zainwestuje w gotówce. Stawka „wzajemnego cła”, która została obniżona do 15 proc. po porozumieniu zawartym 30 lipca, pozostanie na tym poziomie, cła na samochody i części samochodowe również zostaną obniżone z 25 proc. do 15 proc, dorównując stawkom obowiązującym w Unii Europejskiej i Japonii. Światowi przywódcy i rządy są zajęci schlebianiem Trumpowi i demonstrowaniem wszelkich możliwych dyplomatycznych uroków, tylko po to, by przekonać go do obniżenia amerykańskich ceł o kilka procent – skomentował lewicowy kandydat na prezydenta Kwon Young-guk. Niestety, tak to właśnie wyglądało i w Korei Południowej – Lee Jae Myung osiągnął sukces unikając 25-procentowych stawek celnych, jego kraj będzie jednak musiał uważać, żeby inwestycje w USA nie okazały się nieopłacalne.

Źródło: (X) @POTUS
Ale cła nie były jedynym potencjalnym punktem zapalnym podczas tej wizyty. Donald Trump od dawna narzekał, że Seul nie płaci wystarczająco dużo za amerykańską obecność wojskową. Już w czasie swojej pierwszej prezydentury domagał się, by Korea Południowa zwiększyła swój wkład z ok. 1 mld USD rocznie do nawet 5 mld USD, grożąc wstrzymaniem lub ograniczeniem ochrony militarnej. W zeszłorocznej kampanii prezydenckiej wielokrotnie sugerował, że jeśli Korea nie zwiększy nakładów, USA mogą ograniczyć swoje zaangażowanie wojskowe – na ten moment w kraju tym stacjonuje ok. 28 500 żołnierzy amerykańskich. Kolejni prezydenci Korei Południowej byli więc w kropce. Z jednej strony obawiali się, że Donald Trump osłabi amerykańskie gwarancje bezpieczeństwa i zmusi Seul do jeszcze większych wydatków, z drugiej jednak mieli świadomość ograniczeń budżetowych. Koreańska gospodarka wyhamowała po 2024 roku, tymczasem wydatki na obronność już stanowią ok. 2,8–3 proc. PKB – to więcej niż większość krajów NATO. Lee Jae Myung już podczas niedawnej wizyty w Waszyngtonie zapowiedział, że budżet na obronność zostanie zwiększony, teraz tę deklarację powtórzył, co Donald Trump przyjął z zadowoleniem. Tak dużym, że zapowiedział pomoc w „rozwiązaniu” problemów Korei Południowej z jej północnym sąsiadem – fakt, że kilka godzin wcześniej Korea Północna przeprowadziła test pocisku manewrującego zdolnego do przenoszenia głowic nuklearnych mógł mieć tu znaczenie.

Źródło: (X) @POTUS
Ale świat patrzył w tym czasie na Koreę Południową z nieco innego powodu. W czwartek w Busan Donald Trump spotkał się z przywódcą Chin Xi Jinpingiem, a powiedzieć, że relacje między tymi panami są napięte, to nic nie powiedzieć. W kwietniu Donald Trump wprowadził amerykańsko-chińską wojnę handlową na wyżyny, narzucając Pekinowi cła w wysokości nawet 145 proc. Chiny odpowiedziały, że nigdy nie ulegną szantażowi i zapowiadały „walkę do końca”. I teraz powstaje pytanie: czy czwartkowe spotkanie to złożenie broni, czy może chwilowy rozejm? Trump spotkanie z chińskim przywódcą ocenił na 12 w skali 1-10. Bo też faktycznie, uzyskał sporo – przede wszystkim Chiny zgodziły się, że w ciągu najbliższego roku nie będą wdrażać nowych rozszerzonych ograniczeń eksportu rzadkich ziem, które wcześniej zapowiadały, a także utrzymają płynność eksportu tych surowców i materiałów (nie wiadomo natomiast, czy zniosły wcześniej wprowadzone ograniczenia). Pamiętajmy, że po tym jak we wrześniu Departamentu Handlu USA we dodał kilka tysięcy chińskich firm do listy firm objętych sankcjami Waszyngtonu, Pekin rozszerzył zakres kontroli eksportu pierwiastków ziem rzadkich. Gdyby wdrożył wszystkie przepisy zawarte w tym prawie Chiny mogłyby w wysokim stopniu ograniczyć globalną produkcję wszelkiego rodzaju produktów związanych z tymi pierwiastkami. Waszyngton wpadł wówczas w furię i popłoch jednocześnie, a Donald Trump tuż przed wylotem do Azji zawarł z Australią umowę o wartości 8,5 mld dolarów, która zakłada współpracę przemysłową i wspólne inwestycje w budowę zdolności przetwórczych pierwiastków ziem rzadkich poza Chinami. Z wrodzoną sobie butą chełpił się, że za rok USA będą się pławić w tych pierwiastkach, co jest – rzecz jasna – całkowitą bzdurą. Już samo ustępstwo Chin w tej kwestii było zwycięstwem Trumpa, Pekin zapowiedział jednak także, że zwiększy wysiłki, by powstrzymać przepływ fentanylu oraz zobowiązał się do zakupu „ogromnych ilości” amerykańskich produktów rolnych, zwłaszcza soi. To ważne, bo od stycznia do lipca zakupy te spadły o ponad 50 proc. Szczególnie ucierpieli amerykańscy rolnicy uprawiający soję – w 2022 roku wysokość eksportu wynosiła 18 mld USD, w tym roku już tylko 2,4 mld USD. Tylko od stycznia do lipca 2025 roku eksport spadł o ponad 50 proc. W zamian za te zobowiązania USA obniżyły cło powiązane z fentanylem z 20 do 10 proc., pozostałe zaś z 57 do 47 proc., i zawiesiły rozszerzone ograniczenia dotyczące kontroli eksportu.

Źródło: (X) @POTUS
Czy Trump odniósł więc całkowity sukces? Nie. Nasi rolnicy będą bardzo szczęśliwi! Chciałbym podziękować za to prezydentowi Xi! – napisał w mediach społecznościowych. I o takie wpisy właśnie chodziło – iluzję sukcesu na potrzeby wewnętrzne. Chiny natomiast, mimo ustępstw, nie straciły wiele, zyskały natomiast całkiem sporo – głównie wizerunkowo. Udowodniły bowiem, że są w stanie postawić się Trumpowi, w dodatku skutecznie – na tyle skutecznie, by mocno wpłynąć na ich gospodarkę. Pokazały się też jako państwo powściągliwe i odpowiedzialne, ze spokojem reagujące na kaprysy i ekonomiczne szantaże Donalda Trumpa. Przekaz był jasny: Chiny stanowią wiarygodnego, gotowego do poświęceń partnera, który wie, kiedy należy ustąpić, żeby nie podpalić świata, w przeciwieństwie do człowieka, którym rządzą emocje i partykularne interesy. Tej narracji, od kilku miesięcy lansowanej przez Pekin, nie kupi może Europa, państwa Globalnego Południa będą jednak bardziej skłonne się do niej przychylić. W dodatku administracja Trumpa zgodziła się na wstrzymanie na rok przepisu ograniczającego eksport zaawansowanych technologii do chińskich firm, co dla Xi Jinpinga jest prawdziwym zwycięstwem.
Nic nie wskazuje natomiast na to, że trwająca nieco ponad 1,5 godziny rozmowa zdołała naprawić mocno nadwyrężone relacje między oboma przywódcami. Rozejm jest kruchy – w każdej chwili zniszczyć go może kaprys amerykańskiego prezydenta, a wojna handlowa wrócić z pełną parą.
Blanka Katarzyna Dżugaj
