Marco Rubio modli się o pokój na Bliskim Wschodzie ręka w rękę z Benjaminem Netanjahu. W tym samym czasie do miasta Gaza wjeżdżają izraelskie czołgi, a ONZ mówi wprost: Izrael dopuszcza się w Gazie ludobójstwa.
Prawie 65 000 Palestyńczyków i Palestynek zginęło w ciągu ostatnich 20 miesięcy w Strefie Gazy (choć według badań opublikowanych w czasopiśmie Lancet, liczba ofiar może być nawet o 40 proc. większa). Przy ponad 164 tys. Rannych oznacza to, że co 10 Palestyńczyk na miejscu został ranny lub zabity w ciągu niecałych dwóch lat konfliktu. Mówią o tym nie tylko dane palestyńskie: w ubiegłym tygodniu liczbę te potwierdził w swojej wypowiedzi były szef Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela, Herci Halewi, który na spotkaniu w En ha-Besor w południowym Izraelu podsumował to słowami, że „nie jest to delikatna wojna”. Ofensywa lądowa na miasto Gaza może pogorszyć te tragiczne statystyki, a Izrael właśnie ją rozpoczął.

Oficjalnie chodzi o uwolnienie porwanych 7 października 2023 roku zakładników i rozbrojenie Hamasu, władze nie kryją jednak, że mają też inny cel: zrównanie miasta z ziemią i przejęcie nad nim całkowitej kontroli. Jeszcze kilkadziesiąt godzin wcześniej mieszkańcy mówili: siedzimy tu zdani na łaskę Boga. A raczej na łaskę Benjamina Netanjahu i jego największego sojusznika – Waszyngtonu. Oni zaś łaski nie okazali. Co więcej: zakpili z Palestyńczyków w wyjątkowo okrutny sposób, bo lądowa ofensywa rozpoczęła się w dniu wizyty w Izraelu Marca Rubia, sekretarza stanu USA. W poniedziałek pod rękę z Netanjahu szef amerykańskiej dyplomacji odwiedził Ścianę Płaczu w Jerozolimie i wetknął w nią karteczkę z modlitwą o…pokój. To jednak nie koniec moralnej gimnastyki, jaką tego dnia uprawiał Rubio. O planowanej izraelskiej ofensywie lądowej na miasto Gaza nawet się nie zająknął, choć to istotna przeszkoda w osiągnięciu pokoju – o który modlił się chwilę wcześniej, zbagatelizował natomiast kwestię izraelskiego ataku na Katar, która mogła stać się zarzewiem poważnego konfliktu na linii Waszyngton-Tel Awiw. Owszem, przyznał, że Donald Trump nie był zadowolony i że porozmawia o tym z Bibim, na tym się jednak skończyło. Być może połajanka miała miejsce za zamkniętymi drzwiami, świat zobaczył jednak obraz pięknej przyjaźni. I zapewnienia Benjamina Netanjahu, że sojusz amerykańsko-izraelski jest tak silny jak mury Ściany Płaczu.
Czy faktycznie celem dwudniowej wizyty Rubia w Izraelu była więc rozmowa o przyszłości wojny w Gazie? Bardziej prawdopodobne wydaje się to, że szef amerykańskiej dyplomacji przyjechał by okazać wsparcie Waszyngtonu dla coraz mocniej krytykowanego na świecie Izraela tuż przed sesją Zgromadzenia Ogólnego ONZ, na której rosnąca liczba państw zamierza uznać państwo palestyńskie. I przed tym właśnie, jeszcze na lotnisku w Waszyngtonie, Rubio ostrzegał. Stwierdził, że izraelski atak na Katar to właśnie pokłosie deklaracji uznania państwa palestyńskiego składanych przez kolejne państwa. Już w Jerozolimie dodał, że deklaracje te ośmielają Hamas i mogą spotkać się z “kontrreakcją” Izraela – czy miał na myśli “tylko” aneksję okupowanych terenów Zachodniego Brzegu, czy kolejny atak na suwerenne państwo jakim jest Katar, nie wyjaśnił.

Po wizycie w Izraelu Marco Rubio miał lecieć do Wielkiej Brytanii, zmienił jednak plany i udał się do…Kataru. Tak jest – skoro zademonstrował poparcie dla jednego ważnego sojusznika, to trzeba było ugłaskać drugiego, którego ten pierwszy zbombardował. Żeby cała sytuacja miała jeszcze więcej pikanterii w Katarze w poniedziałek odbywał się szczyt państw arabsko-muzułmańskich, którego celem było przepracowanie zeszłotygodniowego izraelskiego ataku na to państwo. A było co przepracowywać, bo po pierwsze: Izrael nie zaatakował nielubianego Iranu czy mało istotnego Libanu, ale (wprawdzie też przez niektórych nielubiany), ale ważny kraj, jakim dla regionu jest Katar, po drugie: o ataku poinformował Waszyngton dosłownie w ostatniej chwili, albo nie poinformował go w ogóle. Dlaczego to takie ważne? Otóż dlatego, że nie dość, że USA nie miały czasu ostrzec władz w Ad-Dausze, to jeszcze wyszło na to, że nie bardzo nad Izraelem panują, a to z kolei podważa ich rolę gwaranta bezpieczeństwa dla Bliskiego Wschodu. Zapewnianie przez Donalda Trumpa premiera Kataru, że ataki już się na katarskiej ziemi nie powtórzą wydają się więc totalnym pustosłowiem, podczas gdy Netanjahu już tę powtórkę zapowiada. Kraje arabskie miały pełne prawo utracić zaufanie do USA i rozważać zmniejszenie swojej od nich zależności. W kwestii Izraela państwa arabskie miały do wyboru: albo polityczna izolacja Izraela albo kontynuowanie dotychczasowej polityki balansowania między Izraelem, USA i własnymi interesami.
Co z tego przepracowywania wyszło? Póki co niewiele. Owszem, padły wyjątkowo ostre słowa potępienia dla Izraela oraz oskarżenia o to, że nie przejmuje się losem zakładników w Strefie Gazy, powstała też deklaracja Rady Współpracy Zatoki Perskiej o podjęciu niezbędnych środków wykonawczych w celu uruchomienia wspólnych mechanizmów obronnych i zdolności odstraszania państw Zatoki Perskiej, ale…póki co tylko słowa. Nie było mowy o żadnych szybkich represjach gospodarczych lub politycznych wobec Izraela, takich jak sankcje czy zawieszenie porozumień abrahamowych, na mocy których kilka państw arabskich w ostatnich latach znormalizowało stosunki z Izraelem. Apel Kataru o zawieszenie Izraela w prawach członka ONZ to śmiech na sali, bo Izrael umiarkowanie przejmuje się ONZ. Polityka międzynarodowa nie jest jednak czarno-biała, w tym miejscu pojawia się więc “ale”. Bo mimo wszystko na szczycie w Katarze pojawili się przywódcy państw mocno ze sobą rywalizujących, tym razem prezentując absolutną jedność w potępieniu działań Izraela. Może to oznaczać pierwszy powiew wiatru zmian, który – jeśli Netanjahu zrealizuje zapowiedź atakowania przywódców Hamasu, „gdziekolwiek się znajdują” – ma szansę zmienić się w wichurę.

A co z sojuszem arabsko-amerykańskim? Cóż, nie będzie on może tak silny jak mury Ściany Płaczu, bez wątpienia jednak przetrwa. Izraelski atak oczywiście przyspiesza potrzebę odnowienia strategicznego porozumienia obronnego między nami a Stanami Zjednoczonymi. Nie jest to coś nowego samo w sobie, ale z pewnością przyspieszonego – powiedział rzecznik MSZ Kataru, Majed Al Ansari na briefingu po wizycie Marca Rubia. Bo też na przestrzeni ostatnich kilku dekad apele o zerwanie relacji z USA pojawiały się na Bliskim Wschodzie regularnie, choćby po amerykańskiej inwazji na Irak, nic z nich jednak nie wynikło. USA jeszcze długo będą służyć krajom Bliskiego Wschodu jako strategiczny środek odstraszający przed wszelkimi zagrożeniami regionalnymi.
Blanka Katarzyna Dżugaj
