Mocny, poruszający film, który przykuwa uwagę widza od pierwszych sekund i nie puszcza jej do ostatnich. Surowy w formie, ale potężny w przekazie. Nagrodzony Oscarem dokument można obejrzeć w poniedziałek 23 czerwca w kinie Muranów w ramach cyklu Arabskie noce, którego współorganizatorem jest Fundacja Nahda.
Wyobraźcie sobie, że ze snu wyrywa was dźwięk buldożerów i krzyki żołnierzy wyrzucających was z waszego własnego domu. Tak jak stoicie, bo dając wam najczęściej zaledwie kilkanaście minut na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy. Trudne? Tak, ale nie dla mieszkańców Zachodniego Brzegu – dla nich to przerażająca codzienność. Bo na skutek polityki Izraela i zakładanych przez ten kraj kolejnych osiedli Palestyńczycy stali się obcymi na własnej ziemi. Osiedla te zaczęły powstawać zaraz po wojnie sześciodniowej, czyli w 1967 roku i są uznawane za nielegalne przez społeczność międzynarodową, z ONZ na czele. Dziś mieszka w nich ok. 500 tys. osadników – obok nich egzystuje ok. 3 mln Palestyńczyków. Egzystuje, bo życiem trudno to nazwać – nie mogą wyjechać poza Zachodni Brzeg, bo nie mają paszportów, nie wolno im swobodnie przemieszczać się nawet na terytorium Zachodniego Brzegu, a ich domy są sukcesywnie niszczone – Tel Awiw twierdzi, że zostały podbudowane bez zezwoleń, tyle że uzyskanie tych pozwoleń dla Palestyńczyków z tzw. strefy C jest praktycznie niemożliwe.

Codziennością Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu jest brak dostępu do wody i prądu, ubóstwo oraz ataki ze strony radykalnych osadników i strzegących ich żołnierzy. Są ludźmi “zielonymi”, czyli jeżdżącymi samochodami z tablicami rejestracyjnymi w kolorze zielonym – gorszymi od tych, którzy prowadzą auta z rejestracjami żółtymi. Ci drudzy mogą się swobodnie przemieszczać, choć to ci pierwsi są tych terenów gospodarzami. Paradoks? Cóż, niestety – niekoniecznie.
Izrael musi zastosować się do orzeczenia Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości i natychmiast zaprzestać wszelkich nowych działań osadniczych, ewakuować wszystkich osadników z okupowanego terytorium palestyńskiego i dokonać reparacji za szkody spowodowane dziesięcioleciami nielegalnego osadnictwa – stwierdził niedawno Volker Türk, Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka.
Musi? Otóż nie, nie musi – Izrael robi to, co chce, a świat biernie się temu przygląda. O tym właśnie opowiada dokument Nie chcemy innej ziemi, stworzony przez grupę palestyńskich i izraelskich filmowców-aktywistów i nagrodzony tegorocznym Oscarem. Ci filmowcy to Basel Adra – palestyński aktywista, Yuval Abraham – izraelski dziennikarz, Hamdan Ballal – palestyński rolnik i filmowiec oraz Rachel Szor – izraelska operatorka i montażystka. Wspólnie stworzyli film chwytający za serce, ale nie szantażujący widza emocjonalnie. Przejmujący, lecz pozbawiony tanich chwytów mających pozyskać przychylność odbiorców dla mieszkańców Zachodniego Brzegu.

A konkretnie mieszkańców Masafer Yatta – grupy kilkunastu palestyńskich wiosek położonej na południowym krańcu Zachodniego Brzegu. Losy jej mieszkańców zaczynamy śledzić w 2022 roku, gdy Sąd Najwyższy Izraela orzeka zgodność z prawem ich eksmisji z domów, na ziemi zamieszkiwanej przez ich przodków od pokoleń. Czwórka autorów przedstawia jedną perspektywę: palestyńską. Czy brak im obiektywności? Nie, są przecież wśród nich żydowscy obywatele Izraela. Tacy, których radykałowie odsądzają od czci i wiary oskarżając o zdradę żydowskości i Izraela. Podobnie jak ortodoksów, którzy w centrum Jerozolimy i Tel Awiwu protestują przeciwko ludobójstwu w Gazie i napaści na Iran. Nie chcemy innej ziemi to film bardzo surowy w formie – to dobrze, tematyka, którą podejmuje broni się bowiem sama, nie potrzebuje stylistycznych fajerwerków. Dokument w przeważającej mierze złożony z amatorskich ujęć nagrywanych przez Basela odkąd skończył 15 lat. Przedstawia wewnętrzną perspektywę Masafer Yatta – widzimy więc kolejne wyburzenia, rozkradanie skromnego przecież dobytku Palestyńczyków przez żołnierzy Sił Obrony Izraela, ludzi zmuszonych do mieszkania w jaskiniach, funkcjonariuszy zalewających studnie cementem, by mieszkańcy anektowanych terenów nie mieli dostępu do wody, rozpacz, ból i stratę – domów, ukochanej ziemi, najbliższych ludzi. Bo w Nie chcemy innej ziemi widzimy izraelskich żołnierzy strzelających do młodych mężczyzn próbujących bronić dorobku życia swych rodzin. Ujęcia te uzupełniają całkiem współczesne już wywiady z mieszkańcami Masafer Yatta, zdjęcia nakręcone od 2022 roku podczas wyburzeń i protestów, fragmenty programów telewizyjnych. A między tym wszystkim sceny rozmów między Baselem i Yuvalem – czasem dotyczące sytuacji na Zachodnim, czasem natomiast zwykłych, codziennych kwestii – ot, choćby małżeństwa i założenia rodziny. Oraz przyjaźni ludzi pochodzących z różnych, wrogich w stosunku do siebie światów. Przejmujące jest pytanie jednego z mieszkańców Masafer Yatta: czy możemy nadal się przyjaźnić, skoro twoi rodacy chcą nas zniszczyć?

Wszystko to buduje spójną, przejmującą narrację o przemocy, dyskryminacji oraz zrodzonej z nich rozpaczy. To oskarżenie wobec Izraela, ale też wszystkich rządów – z USA na czele – pozwalających, by Tel Awiw bezkarnie niszczył życie mieszkańców Zachodniego Brzegu. Ale też w stronę wszystkich tych, którzy pozostają obojętni. Bo teksty Yuvala o Masafer Yatta czyta najwyżej kilkaset osób – mieszkańcy Izraela nie chcą wiedzieć o zbrodniach popełnianych na Palestyńczykach lub w pełni je popierają. A my, na Zachodzie? Oby seans Nie chcemy innej ziemi był dla wszystkich obojętnych wielkim wyrzutem sumienia, przypominającym, że odwracanie oczu od problemu bynajmniej tego problemu nie wymazuje. Najbardziej przejmującym aspektem filmu jest jednak fakt, że za jego realizacją stoją Izraelczycy i Palestyńczycy. Ramię w ramię, z otwartością na siebie nawzajem, empatią i wolą współpracy. Bo pokazuje to, że Palestyńczycy i Izraelczycy mogą żyć i działać wspólnie – bez nienawiści i uprzedzeń. I bez podziału na ludzi żółtych i ludzi zielonych.
Blanka Katarzyna Dżugaj
