Pierwszy koreański film animowany Netflixa to obraz niedoskonały scenariuszowo, ale jakże miły dla oka. Bliżej mu do K-dramy niż rasowego science fiction, wizualny rozmach sprawia, że wiele można twórcom wybaczyć.
Seul, 2050 rok. Nan-young (Kim Tae-ri) to młoda naukowczyni marząca o locie na Marsa. Gdy wydaje się, że realizację tego marzenia ma na wyciągnięcie ręki spotyka ją odmowa – przełożeni nie chcą, by znalazła się w miejscu, w którym 25 lat wcześniej zginęła jej matka, pierwsza koreańska astronautka, wybrana do misji na Marsa. Nan-young wraca z USA do rodzinnej Korei i pracuje nad udoskonaleniem drona identyfikującego mikroorganizmy, a więc zdolnego wykryć oznaki życia na Marsie. W tym trudnym czasie spotyka szukając kogoś, kto naprawi stary gramofon jej matki, spotyka Jaya (Hong Kyung) – muzyka, który porzucił scenę, by pracować przy naprawie sprzętu elektronicznego.

K-drama w wersji animowanej? Takie rzeczy tylko w Netflixie. Obraz Zagubieni w świetle gwiazd z powodzeniem mógłby powstać jako film aktorski, wtedy jednak prawdopodobnie utonąłby w powodzi innych produkcji spod szyldu K-drama. A tak wyróżnia się, bo nie dość, że to pierwszy koreański film animowany Netflixa, to jeszcze wizualna uczta dla każdego fana kinematografii. Nieco gorzej ma się sprawa z treścią, o tym jednak za chwilę.

O czym jest ta opowieść? Na pierwszy rzut oka to sci-fi z wątkiem romansowym, ale jeśli ktoś nastawiał się głównie na to pierwsze to będzie srogo zawiedziony. Zagubieni w świetle gwiazd to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy z mniejszym lub większym powodzeniem próbują uporać się z życiowymi traumami i zaangażować w poważną relację, nie rezygnując przy tym z siebie i swoich marzeń. Nan-young i Jay to przeciwieństwa: ona stale patrzy w niebo i podąża za marzeniami, on stara się twardo stąpać po ziemi, a marzenia ukrywa głęboko w sercu. To, co ich łączy to strata – najbliższej osoby lub marzeń i ambicji – z którą oboje radzą sobie na własny sposób. Nan-young idąc w ślady zmarłej matki, Jay natomiast – szukając spełnienia w innej niż muzyka dziedzinie życia. Ona pędzi do przodu za marzeniami, on marzeń unika. W pewnym momencie jednak oboje muszą skonfrontować swoje nadzieje i oczekiwania z pragnieniem bycia razem, co zwłaszcza dla Jaya okazuje się szczególnie trudne i bolesne. Bo choć pragnie wspierać Nan-young w realizacji jej pasji, to chce ją także zatrzymać przy swoim boku – przeraża go sama myśl, że mógłby podzielić los jej ojca, od 25 lat wysyłającego wiadomości na Marsa w płonnej nadziei, że jego ukochana żona wciąż żyje. Dla chcącego nic trudnego? Absolutnie nie i scenarzyści animacji nie zamierzają nam tego wmawiać – jasno pokazują, że w tworzenie związku, zwłaszcza przy tak odmiennych postawach wobec życia jak w przypadku Nan-young i Jaya, trzeba włożyć dużo wysiłku i niejednokrotnie iść na kompromis.

Ok, to teraz rozbierzmy to wszystko na czynniki pierwsze. Przede wszystkim: co z tym sci-fi? Otóż…niewiele. Praca Nan-young dla NASA zdaje się jedynie tłem dla znacznie bardziej interesującego dla scenarzystów wątku miłosnego. Trochę szkoda niewykorzystanego potencjału, bo to motyw eksploracji kosmosu i wypadku matki Nan-young przykuwa uwagę widza przez pierwszą połowę minut filmu. Te 50 minut to wciągający dramat o dojrzałej relacji, w której romantyzm często przegrywa z trudnymi decyzjami, mierzeniu się z traumą i poszukiwaniu własnej drogi w życiu, którą niekoniecznie chce się kroczyć w pojedynkę. Po tym czasie jednak narracja wyraźnie wytraca tempo, pojawia się coraz więcej nieścisłości scenariuszowych a za dużo ckliwości.

Wiele jednak można twórcom Zagubionych w świetle gwiazd wybaczyć, bo stworzyli rzecz przepiękną wizualnie. Piękna kreska, bajeczna kolorystyka i rozmach, jaki umożliwia umiejscowienie akcji w przyszłości. Do tego świetna muzyka, która momentami zdaje się wybijać ponad narrację. Na duży plus policzyć też należy filmowi bohaterów – wiarygodnych psychologicznie, niedoskonałych, bardzo ludzkich w swoich rozterkach i potrzebach. Takich, których nie tylko da się lubić, ale którym chętnie się kibicuje. Momentami ze łzami wzruszenia w oczach, bo scenarzyści Zagubionych w świetle gwiazd wiedzą jak zagrać na emocjach widzów – oj, wiedzą. Poza tym, ten kto nigdy nie musiał podjąć decyzji, czy dobro związku postawić ponad swoimi pragnieniami i marzeniami, niech pierwszy rzuci kamieniem. Tak, z Nan-young i Jayem można się łatwo identyfikować, a to sprawia, że pierwszą koreańską animację mimo jej wad ogląda się bez bólu, a momentami ze sporą przyjemnością. I finał serwujący banał, że czasem trzeba polecieć na Marsa, by dostrzec, że to na Ziemi jest wszystko, co kochamy i czego pragniemy, tej przyjemności wcale nie odbiera. Poza tym najważniejsze i tak wydaje się to, że film animowany można wykorzystać do mówienia o tak istotnych kwestiach w tak dojrzały sposób.
Blanka Katarzyna Dżugaj
