Tatami można odczytywać na dwóch płaszczyznach: jako dramat sportowy opowiadający o judoczce walczącej o swój pierwszy złoty medal oraz thriller polityczny dotykający kwestii życia w autorytarnym kraju. To świetnie wyreżyserowane i doskonale zagrane kino.
Iranka Leila Hosseini (Arienne Mandi) staje przed życiową szansą: na mistrzostwach świata judo w Tbilisi nie jest wprawdzie faworytką, ale ma realne szanse na pierwszy w karierze złoty medal. Nie spodziewa się, że na drodze do celu staną nie rywalki, które sprawnie pokonuje, lecz jej własne państwo. Trenerka, Maryam (Zar Amir Ebrahimi) nakazuje Leili upozorować kontuzję i wycofać się z turnieju. Najwyższy Przywódca Iranu nie chce bowiem, by kobieta walczyła z reprezentantką Izraela i jest gotów poświęcić marzenia i ambicje kolejnej sportsmenki, byle do takiej walki nie doszło. Leila staje przed najważniejszym wyborem życia, tym trudniejszym, że władze grożą represjami wobec jej męża i rodziców.

Przez trzy dni od obejrzenia Tatami szukałam czegoś, do czego mogłabym się w tym filmie przyczepić. Nie znalazłam, ale też – przyznaję – nie szukałam zbyt gorliwie, obraz Zar Amir Ebrahimi i Guya Nattiva dokonał bowiem rzeczy, która ostatnio mało komu się udaje: dosłownie przykuł mnie do ekranu na całe 100 minut. W dużej mierze jest to zasługa doskonale dobranej obsady – to, że Zar Amir Ebrahimi jest w stanie zagrać każdą rolę to oczywista oczywistość, zachwyca natomiast to, jak fantastyczny duet stworzyła z Arienne Mandi. Obie grają doskonale, ale jest to gra na duet właśnie, a nie na samą siebie – żadna z nich nie próbuje zdominować koleżanki i przejąć ciężaru opowieści na własne barki. Jest też między tymi dwiema aktorkami ewidentna filmowa chemia, która wychodzi poza ekran i dodaje granym przez nie postaciom i łączącej je relacji wiarygodności i autentyczności. Sprawia też, że widzowi łatwiej jest obie bohaterki polubić i im kibicować. Dotyczy to zwłaszcza Maryam – postaci bardziej złożonej, tagranej wątpliwościami, wahającej się.

Zar Amir Ebrahimi i Arienne Mandi miały o tyle ułatwione zadanie, że dostały dobry scenariusz – pozbawiony fabularnych dziur, sprawnie prowadzący narrację i bogaty w dobre dialogi. Tatami można odczytywać na dwóch płaszczyznach: jako dramat sportowy opowiadający o judoczce walczącej o swój pierwszy złoty medal oraz thriller polityczny dotykający kwestii życia w autorytarnym kraju. Leila musi stawić czoła równie dobrze wytrenowanym i przygotowanym przeciwniczkom, oraz samej sobie: pokonać własne lęki i ograniczenia fizyczne, wyrzucić z głowy zbędne emocje, by skupić się całkowicie na zawodach. Wraz z Maryam walczy jednak także poza matą, a tam przeciwnik jest znacznie groźniejszy, jest nim bowiem irański reżim. Leila i Maryam mają do wyboru realizację własnych marzeń i ambicji lub poleceń Najwyższego Przywódcy rezygnując tym samym z samych siebie. Emocjonalne rozterki kobiet zostały świetnie napisane na papierze, a Zar Amir Ebrahimi i Arienne Mandi po mistrzowsku tchnęły w nie życie. To – rzecz jasna – fabularna oś filmu, sensacyjna otoczka w postaci tajnych agentów, porwań i szantażu tylko dodaje jej smaczku. Narracja Tatami prawie nie wychodzi poza budynek, w którym odbywają się zawody, przez co atmosfera wydaje się duszna, wręcz klaustrofobiczna. Fantastycznie podkreślają ją czarno-białe zdjęcia Todda Martina. Dynamiczny montaż i gęsta akcja gwarantują natomiast, że widz nie będzie się nudzić, mimo że na plan pierwszy scenarzyści wyciągnęli psychologiczny, a ni polityczny aspekt filmu. W dodatku wszystko to zmierza w kierunku, którym przyzwyczajony do hollywoodzkich produkcji polski widz będzie absolutnie zaskoczony. I dobrze, bo choć finał jest gorzki dla Leili i Maryam, całość wyłącznie na nim zyskuje.

Trudno nie zauważyć, że film odnoszący się do konfliktu Izraela i Iranu reżyserują filmowcy z…Iranu i Izraela. W tym kontekście Tatami można odczytywać jako wielki krzyk o wolność sportu i sztuki od polityki.
Blanka Katarzyna Dżugaj
